Na wigilii u Głaza Polodowcowego

Pierwszy przyjechał na święta wujek Kazek z rodziną. Brama była otwarta, ale nie wszedł do domu tylko zadzwonił domofonem.

Jeśli to nie problem to pokażcie mi proszę wasze aktualne paszporty kowidowe – rzucił tak od niechcenia, ale stanowczo, więc czym prędzej przez drzwi pokazaliśmy urzędowe druki.

Wujek przestudiował dokładnie dokumenty i okazał nam paszporty: swój, żony i dwóch dorosłych już córek. Pomruczał coś pod nosem, że jednodawkowy Johnson to trochę mało, ale w końcu weszli do domu.

Chwilę później nadjechała babcia Zosia z wnukiem. Paszportowa sytuacja się powtórzyła, ale widać było u niej lekkie podenerwowanie, bo tylko ona w tym gronie przyjęła trzecią dawkę.

– I tak ci nic to nie pomoże. Światem rządzi teraz kilka osób i oni zdecydowali już, że będziesz się szczepić do końca życia jak tylko kolejny nowy omikron się pojawi – zauważył wuj licząc na ostrą dyskusję na temat spiskowej teorii dziejów.

Nie doczekał się. Babcia Zosia zasłoniła ostentacyjnie twarz maseczką i zajęła się rozmową z Panią Domu.

Zanim wszyscy usiedli wuj zdążył skrytykować naszą sztuczną choinkę. Że jakaś plastikowa, pewnie chińska i w ogóle nie pachnie.

– Przydałaby się jakaś tradycyjna, polska jodełka – rzucił w moją stronę patrząc wymownie na okazałe drzewko w ogrodzie.

Wuj to wuj. Poszedłem po siekierę i mimo płaczu Właścicielki Ogrodu chciałem spełnić życzenie gościa.

Nic z tego. Marysia, córka wujka Kazka, przywiązała się do drzewka i powiedziała, że zetnę jodełkę, ale po jej trupie.

Odpuściliśmy z wujem starcie z naszą „ekoterorystką” i przeszliśmy do łazienki, gdzie czekał na nas w wannie świąteczny karp.

– Po moim trupie! Mordercy! – krzyknęła do nas Stasia, druga córka wujka Kazka i karp zamiast na patelnię trafił do oczka przez wyrąbany w pośpiechu przerębel.

Na to wszystko nadjechał nasz kuzyn z nowym partnerem. Wuj i babcia Zosia zaczęli coś przebąkiwać o tęczy, ale po ostrzegawczym syku Właścicielki Domu szybko odpuścili.

Przygotowania do wigilijnej kolacji przebiegły już spokojnie. Zrezygnowaliśmy z łamania się opłatkiem wymigując się społecznym dystansem. O dziwo nikt nie zaprotestował.

Lewą część świątecznego stołu okupywali weganie, dla których mieliśmy już wcześniej przygotowaną sałatkę z kiełków jarmużu i tradycyjnego wigilijnego falafela.

Był pewien kłopot z partnerem naszego kuzyna, który okazał się być freeganem. Nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, ale z kłopotu wyręczył nas sam kuzyn, który naprędce wrzucił do kosza kilka dojrzałych bananów i jabłko.

Babcia Zosia usiadła z prawego boku, psiocząc coś pod nosem o braku karpia, ale szybko zajęła się barszczem z uszkami, śledziem i jakąś sojową pangą po grecku.

Centralne dwa wolne miejsca zajął wuj, wyjaśniając, że nie chciałby aby przypadkiem obok niego usiadł ktoś obcy jadący znad granicy do Niemiec w poszukiwaniu lepszego życia.

Po kolacji okazało się, iż na szczęście nikt nie ma większych uwag do tradycyjnej, polskiej wódki. Po trzecim kieliszku dla świętego spokoju szybko wziąłem winę Tuska na siebie, wspomniałem coś o gwiazdkach i w tym świątecznym nastroju przetrwaliśmy aż do północy.

Wuj zapowiedział, że na żadną pasterkę się nie wybiera, bo nie chce sobie psuć świąt widokiem takich i owakich z kleru.

Babcia Zosia też się nigdzie nie wybierała, ale zanim udała się do sypialni wezwała ulubionego wnuka – patrząc wymownie w stronę partnera naszego kuzyna – by szedł na pasterkę i jakby co – bronił kościoła.

Dwa koty i pies odmówiły jak zwykle współpracy. Zwierzęta nie przemówiły, ale machnęły raz czy dwa ogonami, co mogło oznaczać tylko jedno:

Wesołych Świąt!

Rys. Adobe Stock

Start typing and press Enter to search

Send this to a friend