Tylko u nas: stawy w Wierzchosławicach wysychają. Będzie mniej karpia na wigilię? (zdjęcia)

9 czytania

[ngg src=”galleries” ids=”19″ display=”basic_thumbnail” thumbnail_crop=”0″ images_per_page=”44″ number_of_columns=”2″]Wróblik to najbardziej znany nie tylko tarnowian staw w Lasach Wierzchosławickich. Znany, bo położony przy uczęszczanej, słynnej ścieżce ekologiczno- przyrodniczej. Niegdyś jedna tafla wody, z pluskającymi w nim karpiami. Dziś przypomina wypełnioną wodą łąkę.

Paradoksalnie, to także efekt suszy. Kiedy suche dno napełniło się wodą, natychmiast ruszyły do ataku związane ze środowiskiem wodnym szuwary i trzciny.

– Próbowaliśmy tu rożnych metod, by się pozbyć tego nieszczęścia i dać żyć rybom- mówi kierownik Gospodarstw Rybackiego w Wierzchosławicach, należącego do Nadleśnictwa Dąbrowa Tarnowska, Damian Kosierb.-  Wjeżdżały tu kosiarki wodne, nasi ludzie, brnąc w wodzie po kolana, próbowali z kosami ręcznymi. Wszystko na próżno. Odrastało to wszystko,a poza tym takie zabiegi były kosztowne. I bardzo uciążliwe, bo trzeba było to koszone zbierać potem z wody.

W końcu zdecydowano się odzyskać wodę dla ryb a nie roślin,używając… kosiarki naturalnej. Tak kierownik Kosierb nazywa amura, którego tu wpuszczono.

– Amur to faktycznie taka naturalna kosiarka. Znany jest z apetytu na wodną roślinność. Wpuściliśmy tu tonę kroczka amura. I czekamy na efekty.

To czekanie może jednak potrwać ze dwa lata. Przez ten czas Wróbliki, Pierwszy i Drugi, bedą wyłączone z hodowli. No, chyba że amura naje się do syta i stanie się po tych dwóch latach rybą hodowlaną.

– Suszy hydrologicznej doświadczamy tu od 3 lat. Nie czekamy biernie na to co przyniesie nam natura. Opracowaliśmy projekt, zaakceptowany w województwie, pogłębienia zbiornika retencyjnego. Postaramy się o fundusze unijne na ten cel. Zbiornik znajdzie się na tereuie leśnictwa Bielcza. Oczywiście, nie załatwi wszystkich problemów z brakiem wody, ale na pewno w czasie suszy czy przyduchy wspomoże nasze stawy. Przynajmniej kilka z nich da się zasilić wodą z takiego zbiornika .

Jedziemy teraz z naszym przewodnikiem na Stawy Śledziowskie. Duży i Mały. Duży ma kształt niemal idealnego prostokąta.

Zupełnie wyschnięta ziemia, mocno spękana. Woda wyparowała,wyciekłą, została tylko niewielka kałuża pośrodku. I dookoła tropy zwierząt, głównie dzików i saren. Przychodzą napić się z tej kałuży. Wąską stróżką sączy się woda z rzeczki Kisielina, ale potrzeba co najmniej tygodnia, żeby oba stawy napełniły się woda do tego stopnia, by mogły służyć jako wylęg dla karpi, na co były przeznaczone.

– To już kolejny, chyba szósty rok, kiedy zmagamy się z klęską suszy. Dobrze, że jest względnie zimno, bo przy upałach doszłaby do tego jeszcze przysucha, kiedy żywot ryb jest zagrożony, bo nie mają w wodzie wystarczającej ilości tleny.

Przy zimochowach, głębokich zbiornikach gdzie trzymane są ryby po ich odłowieniu ze stawów, przygotowane do sprzedaży przedświątecznej, pracuje emerytowany, doświadczony leśnik „od zawsze” zajmujący się rybami.

– I to pan Józef Marszałek, którego tu zatrudniamy jako stróża pocieszył mnie. Ma on biblijną teorię. Mawia tak: masz teraz szósty rok klęski. Czyli lata chude. Ale po siedmiu latach chudych nastaną lata tłuste. Trzeba to jakoś przetrzymać.

Jesteśmy przy Maruszce, wyjątkowo pięknym, wielkim jak jezioro stawie. Przy brzegu, wprost na ziemi łódka pychówka którą rozwozi się zboże dla podkarmiania ryb. Przed susza była w wodzie, teraz, kiedy wody ustąpiły stała się łódką lądową.

Niedaleko stąd sterczą z ziemi wysokie drewniane pale.

– Przed suszą i ubytkiem wody były zanurzone w stawie. Wyznaczały miejsca gdzie należało rzucać ziarno zbóż na twardy grunt, tak by nie wpadało w muł. Teraz stoją smętnie w ziemi,więc ryby dokarmiamy tuż przy mnichach. To urządzenia, którymi spuszcza się wodę ze stawów.

Maruszka jest niemal kompletnie wysuszona, tylko pośrodku jest obszerne lustro wody z kroczkami. Łakomy kąsek dla ptaków.

Obserwujemy, jak polują tu, brodząc „po kolana”, czaple białe. Karpie żyją tu gęsto rozmieszczone, a że płytko, stają się łatwym łupem ptaków.

Kilkadziesiąt czapli białych, kilka siwych i bociany czarne chętnie brodzą w tym miejscu.

– I nic nie możemy z tym zrobić- mówi kierownik Kosierb- czaple białe są pod ścisłą ochroną, a to oznacza że nawet płoszyć ich nie wolno.

Właśnie odpoczywają na czubkach wysokich sosen w pobliżu Wyspy Kruków. Po chwili, jak na rozkaz, lecą jedna po drugiej w miejsce gdzie na Maruszce zostały jeszcze niewielkie fragmenty wody. Tu też sączy się wolno woda z Kisieliny, ale potrzeba tygodni, by tak wielki staw mógł się zapełnić.

Musieliśmy zrezygnować w takiej sytuacji z jakichkolwiek zabiegów hodowlanych. Na przykład niezbędnego wapnowania. Za płytko, ryby mogłyby się od tego wapna poparzyć.

Spotkać tu można, w miejscach gdzie zachowało się trochę wody-”emkę”. To w slangu rybackim „mała ryba”, taka do 1 kilograma. Widzimy, jak te emki podpływając w miejsca skąd sączy się woda z Kisieliny, wyciągają pyski nad powierzchnię i chciwie pobierają tlen z powietrza, którego tak bardzo brakuje im w marnych resztkach wody.

I jeszcze staw Stradowski.

Zalewamy go już od marca. Także i tu zboże sypiemy naszym karpiom przy mnichach ,bo paliki także i tu wystają z ziemi ,prosto z łachy, która za dobrych czasów zalana byłą wodą, a teraz sterczy nad powierzchnią jak miniaturowa wyspa.

Wobec tej apokaliptycznej sytuacji fundamentalne pytanie: czy karpia królewskiego z Lasów Wierzchosławickich, tej „markowej” ryby, zabraknie na naszych stołach, kiedy przyjdą znowu święta?

– Na pewno będzie pewnego rodzaju luka w naszej hodowli- twierdzi kierownik Kosierb. – Tam gdzie się da, skrócimy być może czas hodowli do dwóch lat, zamiast trzech, jak bywało dotąd. No i ryby będzie mniej, to oczywiste.

Zygmunt Szych

zdjęcia Artur Gawle

dodaj komentarz

Your email address will not be published.