Ze Starej Szafy. Rzemieślnik i kapryśna dama. Bielawski opowiada, Szych spisuje

8 czytania

– Nie uwierzę ! Sąd cechowy, któremu kilkadziesiąt lat temu szefowałeś sądził, na wniosek niezadowolonego klienta, swoich kolegów po fachu i nie było tam kolesiostwa, spraw załatwianych „na boku”, pod stołem?

– Ano- nie było. Wiem, wiem, z dzisiejszego punktu widzenia to istotnie nie do uwierzenia. Byłem jakiś czas, w tych dobrych dla rzemiosła tarnowskiego latach- kierownikiem zespołu sądu cechowego. Napatrzyłem się na wiele spraw. Najrozmaitszego gatunku. Przede wszystkim, w takim sądzie nie mieliśmy rzeczoznawców takich jak w sądach powszechnych. Byli nimi sami rzemieślnicy. Z branży. Jeżeli rozsądzaliśmy skargę na nierzetelnego stolarza, byli to stolarze. Osobni od mebli, inni od drzwi. I to ich głos był brany pod uwagę.

– No dobrze, to szczegóły. Ale co z tym kolesiostwem? Kolega kolegę sądził, i nie pomógł mu „oczyścić się” ze skargi?

– Takie były czasy. Dla rzemieślnika stającego przed sądem cechowym to był dyshonor. Właśnie dlatego, że sądzili go koledzy z branży. A z kolei taki zespół sądu cechowego miał świadomość, że spartolona robota rzutuje na opinie o całej branży. Nie mogli tego ot tak zostawić, zamieść pod dywan, ukryć albo być pobłażliwymi, jak to dziś powszechnie dzieje się w polityce, gospodarce, biznesie, zwłaszcza zaś sądach powszechnych. U wielu wywoływała taka sytuacja rumieniec wstydu, nerwowe tiki, bywało że i ataki szału, kłótnie. Niemiło usłyszeć od kolegów po fachu: ”Józek, aleś shuśtał robotę!”. Albo dosadniej: ”spieprzyłeś to, musisz ponieść konsekwencje”. A trzeba pamiętać, że tamci, dawni rzemieślnicy od 14 roku życia wychowywani byli w prawdzie. Nie zdarzyło się, żeby wmawiali komuś, że skóra wieprzowa to delikatna cielęca… To by nie przeszło przed takim sądem.

– Zdarzały się próby przekupstwa sądu cechowego, żeby wydał sprzyjające skarżącemu wyrok?

– Bywało i tak. Szczególnie utkwiła mi w pamięci dość dziwaczna sytuacja. Skarżącą była teściową pewnego piekarza. Poskarżyła się nam, że jej paskudny zięć ma tak ustawiony wentylator w piekarni, że ona nie może spokojnie żyć w mieszkaniu obok. Przyniosła jako „załącznik” kopertę wypełnioną jakąś chyba pokaźną sumą, bo pękata była. I chciała, żeby to jakoś załatwić. A najlepiej, zamknąć skurczybykowi piekarnię. Musiała za nim nie przepadać.

– No i?

– Sprawy nie rozstrzygaliśmy z powodu tej bezczelnej próby przekupstwa sądu. Wywaliliśmy ją za drzwi. Przed sądem cechowym nie stanęła, wkrótce zmarła i sprawa została rozwiązana. Śmiem przypuszczać, że jednak nie po jej myśli.

– Wspominałeś, że czasami musieliście zamieniać się w detektywów…

-Bywało i tak. Przyszła na skargę pewna kobieta. Miała pretensje do rzemieślników- malarzy, którzy pomalowali ściany jej pokoju w zupełnie inny kolor niż ten, jaki zamawiała. Była zrozpaczona, bo robiła gruntowny remont w mieszkaniu, a tu taka przykra niespodzianka. Poradziliśmy jej, żeby ostro zwróciła im na to uwagę, zanim my wkroczymy. Na pewno, skoro to fachowcy, zrobią robotę jak należy. ”Rzemieślnik- przekonywaliśmy – to porządny człowiek, fachowiec. Na pewno naprawią pani krzywdę”. Tak też zrobiła.

– I pożałowała…

– Jeszcze jak! Ci „rzemieślnicy” zaproponowali, żeby zostawiła im mieszkanie na trzy dni, to oni wszystko zrobią jak trzeba. Wpadła do nas jak szalona…

– Ze skargą?

– No pewnie! I wtedy zamieniliśmy się w detektywów, żeby ustalić, kim właściwie oni są. Bo zamalowali tej kobiecie mieszkanie, przede wszystkim drzwi, wszystkie okna- a to stare budownictwo, więc okna wielkie, szerokie- wielkimi, czarnymi krzyżami. I zniknęli. Udało nam się ustalić, że to nie byli nasi rzemieślnicy. Jacyś fuszerzy z pewnej spółdzielni mieszkaniowej. Sprawa ostatecznie zakończyła się w sądzie powszechnym.

– Tym prawdziwym rzemieślnikom, z zasadami, takie sprawy przed sądem cechowym były pewnie nie w smak, choć przecież wszystko było „ w rodzinie”?

– Oczywiście. Ale klienci też nie zawsze byli w porządku. Na pewnego mistrza igły skarżyła się u nas pewna pani. Zamówiła na zimę kołnierz do palta z futra nutrii. Zapisał zlecenie w zeszycie, uzyskał podpis klientki obok wyrysowanego projektu kołnierza. A ta z pretensjami, że chciała taki szpiczasty, nie okrągły. No to przerobił. I znowu skarga, bo zmieniła się nagle moda. I ona chce nie okrągły, ale szpiczasty. Stójkę. Krawiec odmówił. ”Nic pani nie płaci, ale proszę mi tu już nie przychodzić”. Przed nami wytłumaczył się prosto: zlecenie miał wyrysowane, zapisane, z akceptującym podpisem. Paniusia była zwyczajnie nieco…

– Powiedzmy: zbyt szybko zmieniała zdanie..

– Niech będzie, choć inaczej bym to nazwał. Była zwyczajnie szurnięta. Skończyło się na tym, że rzemieślnik, świetny fachowiec w branży, delikatnie i nad wyraz uprzejmie poprosił ją, żeby przestała go nachodzić, bo on nie jest w stanie ogarnąć jej zachcianek. Czyli odmówił wykonania usługi, co samo w sobie było naganne. Ale, z uwagi na osobliwość tej akurat sprawy, po dogłębnym jej rozeznaniu ostatecznie przyznaliśmy mu rację…

dodaj komentarz

Your email address will not be published.