Czarnogóra to niewielki kraj o powierzchni 13 812 km 2. Państwo powstało po rozpadzie Jugosławii, jako ostatnie odłączając się od Serbii. Jest jeszcze Kosowo, ale wciąż niektórzy nie uznają go jako niepodległe państwo. Cały kraj piętrzy się górami i ma dostęp do Adriatyku. Graniczy z Chorwacją, Bośnią i Hercegowiną, Serbią, Kosowem i Albanią. Postanowiliśmy zwiedzić ten piękny zakątek kuli ziemskiej z perspektywy samochodu.

Którędy jechać, a raczej którędy nie jechać…
Do Czarnogóry wybraliśmy się przez Słowację, Węgry, Chorwację i Bośnię. Tylko w Słowacji zdecydowaliśmy się na przejazd autostradą, co było niezłą pomyłką, bo w rezultacie na zakupionej winecie pokonaliśmy może 30 km w obie strony. Węgry, znane nam z poprzednich tripów, cechują się tym, że zawsze obok autostrady leci trasa bezpłatna, która w zasadzie jest super prosta, i nie ma zbyt wiele miasteczek, które nas spowolnią. Poza tym, kiedy decydujesz się na podróż pełnoletnim autem, lepiej mieć możliwość zjazdu na pobocze w razie awarii. Chorwacji mieliśmy niewiele ponad sto kilometrów, i tak pierwszego wieczoru szukaliśmy ustronnego miejsca na nocleg, tuż za granicą bośniacką.


Kiedy GPS w Bośni mówi Ci, że tędy droga, to prawda, ale niekoniecznie spodziewaj się asfaltu… Tym bardziej, jeśli planujesz trasę przez góry, z dala od dróg szybkiego ruchu. Przecież to wycieczka, a nie wyścig!



Ale którędy nie jechać i dlaczego? Nam zdecydowanie nie pasowała Serbia. Przez Serbię wracaliśmy z zepsutym sprzęgłem, w nocy tak, żeby uniknąć dużego ruchu. Niewiele to pomogło. Bo chociaż ogólnie styl jazdy bałkański można określić, delikatnie mówiąc, jako bardzo dynamiczny, to Serbowie zaprezentowali nam pokaz istnego szaleństwa, to nawet nie brawura.
Przełom Tary przy okazji.
Tara to najdłuższa rzeka w Czarnogórze mierząca 144 km. Powstaje z połączenia rzek Ospanica i Veruša w Górach Dynarskich. Znajduje się na niej najsłynniejszy most w tym kraju, na który w zasadzie trafiamy przypadkiem, kierując się w stronę pierwszego noclegu. Ładnie, ale na nas specjalnego wrażenia nie zrobił. Być może pora nieodpowiednia i już dość spora ilość ludzi. Mam na myśli kilkadziesiąt, to nie jak na Krupówkach… Chwilę przed jego eksploracją, zjedliśmy obiad w przepięknym miejscu postojowym gdzie stała zadaszona wiatka.




Góry Przeklęte.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy w miejscowości Grebaje. Stąd ruszają szlaki na tzw. szlak trzech szczytów. Planowaliśmy dość popularną pętelkę, o ile w ogóle można mówić o popularności tych szlaków. Jednak przez poranny błąd, zamiast 10 kilometrów wyszło nam prawie 20. I dobrze. Szlak przez pewien odcinek stanowi granicę z Albanią i jest zdecydowanie najładniejszym, jaki dotychczas mięliśmy okazję eksplorować. Niektórzy nazywają go „Czerwonymi Wierchami na sterydach”, mi ciężko to porównać do czegokolwiek. Dość ostra grań, porośniętych szczytów, stanowi spacerniak, z którego niemalże można dotknąć przerażających skał po stronie albańskiej. Tym bardziej wrażenia potęgowały kotłujące się burzowe chmury. Jak to mamy w zwyczaju, ruszyliśmy o świcie, a prognozy nie były zbyt optymistyczne. Udało się i to w jakim stylu. Nie dość, że na sucho, to jeszcze sami… Zupełnie sami. Około godziny 11 spotkaliśmy grupkę turystów pnących się, tym popularnym szlakiem, którym my już wracaliśmy. Na dole czekało na nas kilka restauracji, budzących się do życia. W jednej z nich zasiedliśmy i poprosiliśmy o wegetariańskie propozycje. To raczej rzadko spotykany nawyk, tym bardziej w górach. Nie ma sprawy, kelner na poczekaniu wymyślił kompozycję, którą zaakceptowaliśmy i już za chwilę jedliśmy pyszny obiadek, popijając świetną rakiją… ją też chcieliśmy zakupić, ale kelner, zamiast wcisnąć nam butelkę za 40 euro(cena barowa), zalecił nam wycieczkę do Gusinje. Tam wcale nie było tak łatwo, to jednak bimber… Ale w końcu udało się odkupić w barze pół butelki, o dziwo przy policjancie, który sam sobie zrobił małą przerwę w pracy, z uśmiechem życząc nam smacznego.











Skoro świt.
Jak to na wakacjach… Codziennie budzik dzwonił o 4:30. W zasadzie już po trzech dniach nie musiał dzwonić. To idealna pora, żeby eksplorować w samotności, z przyzwoitym światłem do fotografowania. To też dobry sposób, żeby na wakacjach połączyć zwiedzanie z popołudniowym relaksem.

Tak właśnie rozpoczęliśmy trzeci dzień eksploracji Czarnogóry, udając się w stronę Jeziora Szkoderskiego. Mniej więcej w Podgoricy zaczęliśmy czuć klimacik typowy dla wybrzeża Adriatyku. Tu znów wczesna pora sprzyjała, tym bardziej, kiedy nie używasz klimatyzacji. Tak, są jeszcze tacy ludzie.
To największe jezioro na Półwyspie Bałkańskim. 2/3 jego powierzchni należy do Czarnogóry, więc to oczywiste, że nazwa będzie pochodziła od Albańskiego miasta Szkodra… Istny raj dla ornitologów, przeszło 270 gatunków upodobało sobie tę krainę. Dla nas do głównie pejzaże. Jezioro a w zasadzie jego północny zaułek, objechaliśmy wąską dróżką, z pozornymi zabezpieczeniami, w wielu odcinkach prowadzącą nad przepaściami. Jest tam nawet platforma widokowa, ale my, jak to mamy w zwyczaju wyszukaliśmy miejsce mniej oczywiste, za to z czystym kadrem…



Sama trasa wokół niego to istna przygoda. Tym bardziej, że można się nieźle zaopatrzyć. Ale teraz już u źródła. U starszej Pani udało nam się kupić rakiję, wino i ser… Wszystko z jej własnego ogródka. Chwilka sympatycznej rozmowy polsko-czarongórskiej i możemy ruszać dalej.



Jeszcze tylko soczek domowej roboty, w przydrożnej restauracji, gdzie przygrywała muzyka DUB. Kilka strzałów znad przepaści i czas ruszać na wybrzeże!



Przystanek Petrovac na Moru.
W drodze do uparzonego na grupie biwakowej miejsca, położonego w okolicach Zatoki Kotorskiej, zatrzymaliśmy się w miasteczku „must see” z pewnego przewodnika. No nie, dla nas to niezbyt duży kurort, w którym jest kilka ładnych kamienic i niezbyt uśmiechnięta obsługa. Co ciekawsze miejsca, w których chcieliśmy wypić kawę, są dostępne tylko na specjalne rezerwacje. Ale kawę wypić trzeba było. I krótki spacerek na rozprostowanie kości, przed dalszą trasą.






Relaks w dziczy i szybka zmiana planów.
Wieczorem udało nam się(prawie) dotrzeć do miejscówki polecanej na stronie Grupy Biwakowej. Prawie, bo droga się nieco bardziej zniszczyła, i nad samo morze dojadą już tylko auta terenowe. Mała strata, bo miejscówka była już zajęta. Co nie przeszkadzało, żeby wymoczyć się w słonym Adriatyku i wrócić kilka metrów do góry, żeby skosztować wina znad Jeziora Szkoderskiego i zaplanować dalszą podróż.



Tylko o czwartej trzydzieści kawa i owsianka smakują tak dobrze. Czas wyruszać na eksplorację jednej z najpopularniejszych zatok w Europie.


Zatoka Kotorska.
Eksplorację rozpoczęliśmy od przeprawy promowej w miejscowości Lepetani. W Tarnowie śledząc mapę upatrzyłem sobie miasteczko Perest. My średnio lubimy turystykę miejską, ale coś trzeba zobaczyć. A najlepiej o siódmej rano. Wtedy można coś zobaczyć. Strzał w dziesiątkę. Perest jest bardzo urokliwy, tym bardziej z rana. Kiedy go opuszczaliśmy z myślą zwiedzania Kotoru, przyjechały dwa autobusy turystów i z cichego miasteczka zrobiło się gwarne centrum. Uch, ale fart, że na nas już pora…





Do miasta Kotor wjechaliśmy tuż przed jedenastą. I… szybko z niego uciekaliśmy. Po porannym relaksie w Pereście widok zatłoczonego, turystycznego miasta budził w nas odrazę.
Ruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Lovćen, do którego prowadzi piękna, ale i niebezpieczna trasa, na której znajduje się kilka punktów widokowych na Zatokę Kotorską.




W Lovćen miało na nas czekać Mausoleum of Petar II Petrovic-Njegos, z którego ponoć jest obłędna panorama. Zastaliśmy taki widok…

Park Lovćen jest piękny, zwłaszcza tam, gdzie nie docierają turyści. Warto czasem zboczyć w szutrową drogę i zażyć spokoju.

Stary Bar – nietrafiony hit.
W tej turystyce miejskiej zaplanowaliśmy absolutny hit z przewodników. Czyli Stary Bar. Miasteczko, które nigdy nie zostało odbudowane po ogromnym trzęsieniu ziemi w 1979 r.
Wcześniej trzeba było jednak znaleźć miejscówkę na nocleg. Tu zrobiliśmy wyjątek i krzaki zamieniliśmy w kemping w ogrodzie oliwnym. Warto było wziąć normalny prysznic i zjeść obiadek przygotowany przez Joko, skomponowany na poczekaniu, z własnych warzyw i oliwek. Można iść na zachód słońca w otoczeniu pięknych gór.





Po nocy spędzonej przy winie od gospodarza, które śmiało mogę określić, jako najlepsze jakie w życiu spożywałem, udaliśmy się w stronę rzekomego hitu.


Sam szlak bardzo urokliwy i momentami niebezpieczny. Czy to przez przepaści czy agresywnie nastawione psy. Dotarlismy po siódmej do ruin. Bramę otwierają dopiero o ósmej. To super pora na śniadanie, tym bardziej, że w pobliżu jest uliczny targ. Idealny przykład tego, jak różne religie mogą współistnieć, bez żadnego problemu. Lokalny ser, oliwki, warzywa i figi smakują super, nawet na pobliskim przystanku.




Same ruiny mocno nas rozczarowały. Widok z nich świetny, ale wyludnione miasteczko mało atrakcyjne. Być może dla fanów archeologii bardziej, ale my nie mamy takich zapędów.




Na mapie zobaczyłem miejsce oznaczone jako Centrum Islamskie. Szybko można było się domyślić, gdzie się znajduje, bo wielki meczet widać z daleka. Znam kościoły, cerkwie i synagogi, ale w życiu nie widziałem meczetu. Idziemy! Ale najpierw sok i rakija na lepsze ciśnienie.


Centrum Islamskie w mieście Bar jest uznane jako obiekt turystyczny i nie obowiązują turystek pewne zasady. Ale dla mnie to kwestia szacunku, bo gdy wchodzę do kościoła katolickiego, zdejmuje czapkę, na cmentarzu żydowskim ją zakładam. Więc Aneta zakryła swoje długie włosy i wydziarane ramiona, oczywiście buty w meczecie trzeba zdjąć bezapelacyjnie. Nikt nie zabronił nam fotografowania. Po zwiedzaniu usiedliśmy, żeby napić się kawy po turecku. Kelner odmówił zapłaty, bo jak stwierdził: za nasz styl i szacunek chcieli nas ugościć. To miłe.



Coś o przyrodzie.
To jest ciekawe, bo niby wszystko podobne jak u nas, ale jakieś większe, bardziej dorodne. No może poza żółwiami, których raczej na wolno w Polsce się nie spotyka, choć troszkę się naśmiewamy, że to był jeden żółw, który nas śledził, bo były do siebie bliźniaczo podobne. Górska roślinność super zielona, pachnąca. Szerszenie wielkości dwóch kciuków i wszechobecne w okolicach Baru. Wszystko spotęgowane okresem, ponieważ wycieczkę odbyliśmy na początku czerwca, czyli jeszcze wiosną.





Czas odciąć się od ludzi, i to na serio… Ruszamy w kierunku Sinjajevina.
Dróżka od pewnego momentu szutrowa, na której przez cały pobyt nie minęliśmy nikogo. Daleko tu też do jakichkolwiek zabudowań. Swego czasu NATO chciało zrobić tam poligon. Pewnie… świetny pomysł. Kiedy znaleźliśmy odpowiednią zatoczkę w otoczeniu pięknych gór, ucięliśmy sobie krótką drzemkę w deszczu. Przyszła pora na obiadek. Gdy gotujesz na prawie 2000 m.n.p.m. w absolutnej ciszy, to najprostsze danie robi się wykwintne. Ba! Jeszcze to wszechobecne oregano… Już po pierwszych krokach postawionych w Sinjajevina czuć było znajomy, bardzo intensywny zapach. Okazało się, że te góry całe są nim porośnięte. Tak aromatycznego oregano w życiu nie jadłem.



Kalorie trzeba przepalić, więc idziemy na punkt widokowy. To znaczy, tam wszędzie był punkt widokowy, ale my upatrzyliśmy sobie konkretną górkę, jak się okazało nazywaną Gradnica Glava. Zawróciła nas burza. W pewnym momencie zrobiło się dość groźnie i pośpiesznie zjeżdżaliśmy w niższe partie, żeby spokojnie spędzić noc. Trochę szkoda, bo to był jeden z naszych celów, żeby właśnie tam, na górze spać.


(przed)Ostatni punkt programu: Durmitor.
Jest to jedno z wyższych pasm położonych w Górach Dynarskich. Przez park narodowy poprowadzona jest asfaltowa droga P14, która w najwyższym punkcie położona jest na wysokości 1907 m.n.p.m. Wychodzi z niej szlak na najwyższy szczyt Czarnogóry Bobotov Kuk. Nie mięliśmy okazji go zobaczyć, bo sukcesywnie goniły nas gęste chmury, zakrywając za nami pozostawiony krajobraz. Ale fart. Ale tak jest, jak się wstaje o czwartej trzydzieści.










Przedostatni, bo choć nie planowaliśmy, to natrafiliśmy na Jezioro Pivsko. Oczywiście intuicyjnie skręcając w boczną dróżkę, natrafiliśmy na jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. To tak na zakończenie czarnogórskiej przygody. Sami zobaczcie.

Samochodowa eksploracja.
Większość czasu spędzaliśmy w naszym „ślimoku”. Założyliśmy, że w przeciągu tygodnia zwiedzimy ten niewielki kraj z perspektywy samochodu. Tutaj Aneta miała niezłe pole do popisu. Bo, kiedy ja walczyłem z tysięcznym zakrętem nad przepaścią, ona mogła nieustannie dokumentować trasę. Czasem udało się znaleźć zatoczkę, z której i ja mogłem przycelować. Tam nie ma słabego kilometra, cały kraj nieustannie wprowadza w zachwyt. Czasem bywa trudno i niebezpiecznie, ale przygoda to przygoda! Tu już mowa nie tylko o samej Czarnogórze. Przejazd przez Bośnię i Hercegowinę jasno nakazuje nam powrót i osobną eksplorację tego kraju. Bałkańskie trasy często uzbrojone są w tunele wyryte w skałach. Niektóre otynkowane, inne surowe i mokre.

























Ciemna strona Czarnogóry.
Niestety, jednym z powodów(tak usłyszałem w jakimś przewodniku), dla których Czarnogóra ma problem z wejściem do Unii Europejskiej, są śmieci. Niejednokrotnie demolują malownicze pejzaże. Często też takie dzikie wysypiska płoną i przejeżdżając obok autem, wdychamy palony plastik. Gorzej ponoć jest tylko w Albanii.


Mamy nadzieję, że i to zrozumieją z czasem i zaczną radzić sobie w cywilizowany sposób. My na pewno na Bałkany będziemy wracać! Do zobaczenia w następnym odcinku, Aneta i Artur Gawle.