Tarnowianie podziwiają kometę. Niezwykłe zjawisko na niebie

9 czytania

Pojawia się nad Falklandami, kiedy zapadnie zupełna ciemność. Około godz. 22 widać ją gołym okiem jak przemieszcza się z okolic Woli Rzędzińskiej,od strony Lasku Lipie i znienacka „wyskakuje” nad wysokimi blokami Falklandów. Świeci bardzo jasno i łatwo ją dostrzec na nieboskłonie, kiedy wędruje w kierunku południowo-zachodnim.

To kometa nazwana przez astronomów C/2020 F3 Neowise. Będzie ją można podziwiać jeszcze przez kilkanaście dni. Po 23 lipca trzeba będzie użyć do jej obserwacji lornetki lub lunety, bo stopniowo oddala się od Ziemi. Warto skorzystać z takiej okazji: następna taka trafi się dopiero za kilka tysięcy lat!

Tarnowianie podziwiają jasno świecące, niezwykłe ciało niebieskie z balkonów. Niektórzy późną nocną pora wychodzą na obserwatorium niedawno wybudowane w tzw. Parku Westerplatte. Ale prawdziwi miłośnicy astronomii dla których pojawienie się komety stanowi nie lada gratkę, wyjeżdżają o północy na Górę św. Marcina, skąd doskonale ją widać.

– Ta kometa jest tym, na co czekaliśmy blisko 23 lata – mówi Karol Wójcicki, twórca portalu „Z głową w gwiazdach”. Miłośnicy astronomii z południowej półkuli Ziemi takich pięknych, spektakularnych komet mieli co najmniej kilka. Nas to szczęście omijało bardzo szerokim łukiem. Przez  23 lata nie mieliśmy okazji zobaczyć na niebie tak jasnej i dobrze widocznej komety z pięknie wykształconym warkoczem. „Po drodze” pojawiło się wprawdzie kilka komet, które cieszyły bardziej zaawansowanych miłośników astronomii, ale pozostawały poza zasięgiem zwykłych ludzi. A dzisiaj każdy, w zasadzie bez większego problemu, może kometę dostrzec nieuzbrojonym okiem. Takie widoki nie zdarzają się co dzień.

Skąd się biorą komety? Od czasu do czasu pojawiają się tacy „przybysze” z krańców naszego Układu Słonecznego. Do końca nie wiadomo, co jest tego powodem, ale astronomowie wysuwają hipotezę, że na krańcach Układu Słonecznego jest masa „rupieci” skalno- lodowych, które pozostały z czasów, gdy ten Układ się tworzył. I od czasu do czasu, być może pod wpływem gwiazd z Drogi Mlecznej, te „rupiecie” zostają wytracone  ze swych dotychczasowych orbit i spadają na Słońce. Tak też się stało z tą kometą – tłumaczy astronom dr Adam Michalec.

Ta kometa będzie miała dużą jasność jeszcze przez co najmniej tydzień lub dwa, jeśli nie dłużej. Dzieje się tak ponieważ przeszła ona już na początku lipca przez peryhelium, czyli ten punkt orbity, w którym jest najbliżej Słońca. Natomiast do Ziemi zbliży się najbardziej 23 lipca. Będzie wtedy od nas w odległości 100 milionów kilometrów. Jest ona teraz jasna, dlatego że jest stosunkowo blisko zarówno Słońca, jak i Ziemi – wyjaśnia Jarosław Pawelec, członek Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Astronomii.  

– Kometa jest obiektem dosyć charakterystycznym. Bowiem choć mówimy o niej jako o „ogoniastej gwieździe”, jest obiektem ze smugą, mającą długość 4 do 6 sześciu średnic Księżyca w pełni  – informuje Karol Wójcicki.

„Głowa” komety, czyli jej jądro, składa się z lodu takiego, jaki znamy na ziemi, oraz lodu amorficznego, który powstaje przy niskim ciśnieniu i bardzo niskiej temperaturze. Pod wpływem promieniowania te związki ulatniają się. Kometa posiada jeden warkocz, który zawsze rozpościera się w przeciwną stronę w stosunku do Słońca, dlatego że jest spychana wiatrem słonecznym – dodaje dr Adam Michalec.

Komety zawsze interesowały ludzi, budziły trwogę, a z ich pojawieniem się wróżono rozmaite nieszczęścia. Zachowały się zapiski słynnego eronikarza Jaan Długosza, który tak oto pisał o kometach:

„W miesiącu maju w tym roku ukazała się kometa, która kierując ogon i żagiew ze wschodu na zachód świeciła przez osiemnaście dni i wysuwając się bliżej ku krajom ruskim wróżyła klęskę, którą w następnym roku zadali im Tatarzy” – pisał średniowieczny historyk .

Według Długosza dwie komety, jakie pojawiły w okolicach Bożego Narodzenia 1315 roku, poprzedzały klęskę głodu. Kometa z 1378 roku zwiastować miała schizmę w Kościele. Pod rokiem 1472 zapisał Długosz:

„W początku miesiąca stycznia roku bieżącego, kometa wielka, którą gwiazdarze zowią kometą panującą wznoszącego się nieba, nikłości i natury Merkurego, mała w sobie, lecz mająca miotłę ogromną, wpływ i własności złowieszcze Saturna, ukazała się w królestwie polskim i we wszystkich prawie krajach i przez dwa miesiące ciągle w wierzchołku europejskiego nieba była widzialną.

Według zdania astrologów pojawiła się naprzód w królestwie węgierskim i tamże w wierzchołku nieba dostrzeżoną być miała; a przez jeden dzień świeciła na zenicie królestwa polskiego. Poprzedzała ona pasmo wypadków, które przez trzy lata ciągnęły się jedne po drugich, wróżąc klęski niezwykłe królom, książętom i innym osobom znakomitym, niższego zaś stanu ludziom rozmaite utrapienia, obawy, niepokoje, napady, zdradziectwa, podstępy, pożogi, grabieże, spustoszenia, burze, grady, nawałnice, pioruny, trzęsienia ziemi, a w niektórych krajach choroby długotrwałe, chroniczne, suche i ostre bóle, gwałtowne wymioty, pomieszanie rozumu, gorączki, morzyska, zimnice, poronienia.

No cóż, obecnej komecie też można przypisać pewnie nieszczęście: mamy przecież pandemię, związaną z pojawieniem się koronawirusa…

Zygmunt Szych

Fot. ilustracyjne pixabay

dodaj komentarz

Your email address will not be published.