Janusz Kołodziej kończy karierę. „Przysnąłem przy telewizorze i nagle mam 42 lata”

Tarnów wiadomości
Dodany przez
7 Min. Czytania

Zaczynał jako chłopak z licencją Unii Tarnów, kończy jako jedna z największych legend polskiego żużla. Janusz Kołodziej ogłosił w sobotę, że po ponad ćwierćwieczu schodzi z toru. Zrobił to ze sceny Gali PGE Ekstraligi w Warszawie – z humorem i… opowieścią o trzech kotach.

Gala odbyła się w sobotni wieczór, 24 października, w warszawskim hotelu Hilton. Kołodziej był pierwszym gościem na scenie. Odbierał Złotego Szczakiela i przy okazji powiedział to, czego kibice od kilku tygodni się spodziewali, ale słyszeć nie chcieli.

- Reklama -

– Zegar tyka i tak to wszystko szybko mija… Mam wrażenie, że przysnąłem przy telewizorze z pilotem jak taki Janusz i nagle się obudziłem i mam 42 lata. Mi się wydaje, że te cyfry się pomyliły, powinny być na odwrót – mówił ze sceny.

– Nie wiem, kiedy to minęło, ale mówią, że jak jest fajny czas, to szybko mija, a jak jest gorzej, to się wlecze. Mi on śmignął tak szybko, że żałuję, że tak szybko to się stało – dodał.

Ten sam wieczór przyniósł wpis w mediach społecznościowych. Krótki, w jego stylu.

– Historia zatacza koło. Zaczynałem jako kibic, z zachwytem patrząc na tor, i teraz wracam na trybuny. Kończę ten rozdział z uśmiechem i wdzięcznością. Do zobaczenia na stadionach! – napisał.

Na stronie Unii Leszno, której był ostatnio kapitanem, wyjaśnił to bardziej po męsku.

– Doszedłem w pewnym momencie do takiej ściany, która powiedziała mi, że czas przejść na inną stronę życia – przyznał.

Licencja w Tarnowie, złoto w Tarnowie

Przypomnijmy, że Janusz Kołodziej urodził się 27 maja 1984 r. w Tarnowie. Licencję żużlową zdobył w 2000 r. – oczywiście w Unii. Miał wtedy 16 lat. W tym samym sezonie zadebiutował w II lidze i od razu było wiadomo, że z tego chłopaka coś będzie.

- Reklama -

Było. Z „Jaskółkami” sięgnął po trzy tytuły drużynowego mistrza Polski: w 2004, 2005 i 2012 r.

W 2005 r. został po raz pierwszy indywidualnym mistrzem Polski. Ale najpiękniejszy wieczór przeżył osiem lat później. 6 października 2013 r. finał IMP odbył się w Tarnowie. Kołodziej wygrał na Jaskółczym Gnieździe, przed własną publicznością.

Kilka tygodni później, w wywiadzie dla „Temi” opublikowanym w Wigilię 2013 r., mówił Sławomirowi Kruczkowi wprost:

- Reklama -

– Przede wszystkim bardzo się cieszę, że zostaję w Tarnowie.

Opowiadał wtedy też o sprzęcie: że w tamtym sezonie miał bardzo szybkie silniki i poczuł się pewniej. Silniki, które „warkoczą”, kochał od dziecka. W wolnych chwilach wciąż budował modele spalinowe.

Tarnów nie był jednak jedynym adresem. W latach 2010–2011 jeździł w Lesznie, potem wrócił do domu na kolejne pięć sezonów. Od 2017 r. na dobre związał się z Unią Leszno – i tam zdobył pięć z ośmiu tytułów DMP. W Tarnowie wielu tego długo nie mogło przeboleć. Ale swój pozostał.

Medale, które trudno policzyć

Bilans? Cztery złote medale IMP (2005, 2010, 2013, 2019), osiem tytułów drużynowego mistrza Polski, trzy Złote Kaski, trzy zwycięstwa w Drużynowym Pucharze Świata z reprezentacją (2010, 2011, 2023), mistrzostwo Europy par i drużyn. W 2019 r. jeździł w stałej obsadzie Grand Prix i wygrał turniej w Pradze. Do tego starty w Anglii (Reading) i w Szwecji.

Przez lata nazywano go „Profesorem” albo „Czarodziejem”. Za spokój, za technikę, za mijanki, których inni nawet nie próbowali.

Kończy wcale nie jako emeryt na doczepkę. W ostatnim sezonie PGE Ekstraligi wystartował w 13 meczach, zdobył 86 punktów i 8 bonusów. Średnia 1,918 dała mu 14. miejsce w lidze. Wielu młodszych o takim wyniku może tylko pomarzyć.

Koty, ścigacze i… koła

Co dalej? Na scenie Kołodziej zdradził, że czasu będzie miał więcej, a wypełnią go m.in. trzy koty, które wychował z partnerką Natalią.

– Kasia jest od rehabilitacji, bo jak coś ci jest, to ona z tobą siedzi i nie odpuszcza. Później Krówek, który budzi do roboty i mocno się drze, bo jest zawsze głodny – jest trochę gruby. Jest Basia, która lubi się bawić. Przed zawodami jak chcesz sprawdzić refleks, to dajesz jej rękę i musisz szybko ją zabrać. Jak nie zabierzesz, to ci rozetnie palucha do sprzęgła – opowiadał.

Ścigać się nie przestanie. Myśli o rajdach amatorskich, ścigaczach, gokartach i modelach zdalnie sterowanych. No i o mechanice.

– Nie wiem, czy wiecie, ja zawsze robiłem w zawodzie. Kołodziejowie zawsze robili koła. A ja też jeździłem w kółko – żartował.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Dla Tarnowa ta wiadomość przychodzi w wyjątkowo smutnym momencie. W tym roku Unia Tarnów nie dostała licencji – przede wszystkim przez długi wobec zawodników – i zniknęła z ligowej mapy. Jaskółcze Gniazdo zostało bez ligowej drużyny.

I to właśnie Kołodziej wyciągnął rękę. W kwietniu miasto podpisało umowę z Akademią Żużlową Janusza Kołodzieja na korzystanie ze stadionu w Mościcach. Akademia wyszkoliła już dziesięciu licencjonowanych zawodników, z jej szkółki wyszli m.in. Bartłomiej Kowalski i Dawid Rempała.

– Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W Tarnowie jest wiele młodzieży, która po prostu chce jeździć, szkolić się – mówił wtedy, co odnotowaliśmy na naszych łamach.

A w rozmowie z PoBandzie dodawał:

– Tarnów od zawsze związany jest z tradycją żużlową. Mega by nam tego sportu brakowało. Idziemy w to i walczymy.

Ligi w Tarnowie na razie nie będzie. Jego menedżer Krzysztof Cegielski uczciwie mówi, że w najbliższych latach takich planów nie ma. Będą dzieciaki, treningi, młodzieżowe turnieje. Mało? Jak na miasto, które jeszcze wiosną zastanawiało się, czy żużel w ogóle przetrwa – całkiem sporo.

Może więc historia rzeczywiście zatacza koło. Chłopak, który kiedyś stał przy bandzie w Mościcach, teraz będzie stał przy niej z pokoleniem, które dopiero uczy się, jak odkręcić manetkę.
Janusz, dzięki za te wszystkie niedziele w Jaskółczym Gnieździe. I pilnuj palców przy Basi. Przydadzą się jeszcze – choćby do pokazania dzieciakom, jak się wchodzi w łuk.